24 czerwca 2014

Życie nie powiem jakie

Pewnie wiecie co znaczy, że kogoś mendzi. To taki stan, gdy coś by się… ale nie wie się co. A wszelkie propozycje z zewnątrz odrzuca się na pniu. Doris, którą gościliśmy w bożocielny weekend, w takiej chwili zaproponowała, żebym poszła pobiegać. Fuknęłam z pogardą wieśniaka do mieszczucha, że aktywność ruchowa po próżnicy to głupota. Jazda na rowerze, żeby spalać kalorie czy też pojeździć tu i tam, biegi długodystansowe dla zdrowia lub przeciwnie, marszobiegi w tym nordic walking i takie tam niepotrzebne męczenie się, gdy człowiek cały dzień na nogach przy gospodarstwie, to wymysły znudzonych miastowych. Moje pływanie prawie niezależnie od pogody (wczoraj spasowałam) pewnie podchodzi pod tę kategorię, ale dla mnie zanurzenie w wodzie to stan niezbędny, by wytrzymać na ziemi. Ciągłe stanie na własnych nogach wykańcza mnie najbardziej. Muszę trochę dla równowagi polewitować:)

co czasem jest trudne, zwłaszcza gdy nad ranem 3 stopnie:(

W każdym razie z okazji mendzenia pozwoliłam sobie na uwagę w stylu „,mam się jeszcze męczyć, jakbym nie dość się męczyła w tym moim obesr… życiu?”, ale tylko powiedziałam, już pożałowałam, zostałam zgromiona wzrokiem koleżanki psychoanalityczki i usłyszałam, że niejeden mi tego obesr… życia zazdrości. Co prawda, to prawda, grzechem jest nie doceniać a męczę się na własne życzenie i znam wielu, co męczą się bardziej, nie mówiąc o tych, co naprawdę mają w życiu przerąbane, a nie narzekają, tylko robią swoje.

ci się najbardziej męczą;)

Znam też takich, co się nie męczą, siedzą na ławeczce przed blokiem lub w krzakach za wiejskim sklepem, albo są żoną przy bogatym mężu i spędzają czas w samochodach wożąc dzieci na przeróżne zajęcia, a w ich trakcie na gadkach-szmatkach z paniami podobnymi sobie. Ale tym jakoś nie zazdroszczę, zwłaszcza tym paniom, bo być żoną bogatego męża to byłaby dopiero męczarnia!;)

Ale podobno są kraje, w których mogłabym robić co robię i tak się nie męczyć. No może są, ale jestem gdzie jestem. I dawno się obudziłam ze snu, że po drugiej stronie wzgórza trawa bardziej zielona, a wszędzie lepiej, gdzie nas nie ma.

:)

No to teraz reportaż z obesr… życia:)
Po urodzinach Roberta jak wiadomo pojechałam do Warszawy bronić pracy końcowej i tym samym zostałam superwizorem i analitykiem treningowym (czyli oficjalnie mogę szkolić innych, choć już od dawna to robię) i mam stosowny certyfikat. Tylko wróciłam, za dwa dni pojechałam z powrotem do roboty i na konferencję, na której się udzielałam, a potem jeszcze seminarium z zagranicznym gościem, więc było pracowicie i mnóstwo wrażeń, ale wróciłam w niedzielę wieczorem umęczona po pachy, by w poniedziałek męczyć się w gabinecie do wieczora. A że w środę mieliśmy najazd gości w obu domach z okazji rodzinnego zjazdu, który zorganizowali sobie u nas, wiecie już co robiłam potem.

A ponieważ za poprzednim pobytem przywiozłam z Warszawy Sławka, kolegę Borysa, który zgodził się nam pomóc tuż przed sezonem, ale wprawiony nie jest, w środę wspólnymi siłami wreszcie odchwaściliśmy ogród przy Domku na górce, przez co w czwartek nie mogłam zwlec się z łóżka, bo mi kręgosłupek nawalił, ale musiałam. Myślicie, że miałam wolne w Boże Ciało, jak większość ludności w tym religijnym kraju? Niestety, z pewnością piekło mnie pochłonie, bo normalnie pracowałam przez telefon – pacjenci zagraniczni nie mają tego rodzaju świąt, a zbliżająca się przerwa wakacyjna nie pozwala na takie długie przerwy przed.

w tym czasie Dorota chodziła na spacery z psami, najpierw z całą starczą szajką na krótki, potem na dłuuuugi z Lodzią, a wtedy Piechul z tęsknoty za Doris spał na jej ciuchach (przy okazji odwieczny bałagan gankowy)

W piątek przed pracą jeszcze warsztacik ze szkliwienia dla gości, ale najbardziej w ten długi weekend umęczyła mnie zgryzota z powodu piszczącego Miśka. Oboje z Robertem chodziliśmy struci, co jakiś czas zadając pytanie „no i co zrobimy?”. Napisałam w poprzednim niusie, że zawieziemy go do schroniska… Wprawdzie to w Kętrzynie (nasze rejonowe w Giżycku nie budzi zaufania) wydaje się, że prowadzą naprawdę troszczący się o zwierzęta ludzie i tylko ono wchodziło w grę, to schronisko jest jednak schroniskiem i chyba by mi serce pękło, gdybyśmy tam Miśka zawieźli. Na szczęście, odpukać, znowu się udało. Na pięć dotychczasowych przybłęd i sierot, wszystkim udało się znaleźć dom lub odnaleźli się właściciele. Szkoda tylko, że trzy z tych psów już nie żyją:( Pod tym względem szczęścia nie mamy, z drugiej strony przez jakiś czas psom było dobrze, a że były powsinogami…

tu były przybłęda Zenek na wczasach w zabawie z powsinogą Białym, który biega za jednym panem ze wsi obok i uważa się za jego psa, choć nie wiem, czy ten pan też tak uważa, ale na szczęście psa karmi

i Zenuś na wakacjach, bo są tacy, którym się poszczęściło, np. Doris, która na naszym podwórku, pod moim nosem, znalazła…

bo podobno szczęście jest obok nas, wystarczy się pochylić!:)

A potem przyszła szczęśliwa sobota ale można było tylko siedzieć i mendzić, bo po wyjeździe gości cały czas padało. A jak pada, to nijak sprzątać nie można, znaczy można, ale to okropnie niewygodne. Dywaników na trawę nie wyrzucisz, prania nie zrobisz, podłogi wymyjesz to potem musisz nauczyć się fruwać…

Za to w niedzielę wreszcie można było nadgonić, bo przez gości stanęły roboty na górce, a że słońce było i wiatr, w sam raz do robienia prania, wszystkie zmiany i ręczniki z obu domów zdążyły wyschnąć. Ale najbardziej się cieszę, że wyszykowałam ostatni leżak! Chyba z 14 lat czekały na ten moment. Dwa znalazłam dawno temu na śmietniku. Klasyczne drewniane z podłokietnikami. Potem zakupiłam materiał leżakowy i odłożyłam nie wiadomo gdzie. Leżaki w garażu nasłuchały się przekleństw Roberta, gdy musiał je w te i na zad przestawiać przez te wszystkie lata! Potem siedzisko w leżaku bambusowym rozleciało się, fotel leżakowy dla gości przestał być apetyczny, przyszła więc pora na Telesfora. Drewniane zostały wyszlifowane, skutecznie przeszukałam wszystkie kąty i bambusowemu zamiast rozlecianych listewek też skroiłam kubraczek, a następnie jeden po drugim wszystkim zainstalowałam kwieciste garniturki, ale w długich odstępach, bo udawanie maszyny do szycia (ręczne szycie ściegiem maszynowym) to praca mozolna, więc musiałam mieć dłuższe przerwy, żeby się znowu nastroić;). Oto efekt:

A propos pory na Telesfora. Pamiętacie naszą puszkę-skarbonkę na dwójki i piątki, za które rok temu kupiliśmy trampolinę? Od tamtej pory poszło sprawniej. Zachęceni łatwym oszczędzaniem, w tym roku wyjęliśmy z puszki ładną sumkę. I po raz pierwszy w życiu od czasu podstawówki Borysa, dorobiliśmy się nowego telewizora! Bo my, w przeciwieństwie do niektórych, których nie stać na dołożenie do podłączenia się do wodociągu i choćby najmniejszy remont domu, za to na w każdym pokoju płaski ekran, wszystkie telewizory w Zawadach mieliśmy z odzysku. Jeden po babci Teresie, który skończył w świetlicy we wsi obok, drugi po Borysie, ale już oczy nie te, musieliśmy więc odziedziczyć jakiś większy, tym razem od koleżanki babci Tereski. Ale to jest wielki klunkier i Robert w drodze do łóżka obijał się o niego, a poza tym, tam gdzie stał, powodował u mnie zeza rozbieżnego, bo musiałam patrzeć w prawo skos i oba oczy się nie chciały ułożyć;). Gdy klunkier dodatkowo zaczął się męczyć kolorystycznie, Robert przeliczył zawartość puszki i okazało się, że starczy i na odbiornik, i na wyprawkę do niego. Efekt? Na środku pokoju w nogach łóżka stoi szafka, która do pleców specjalnym uchwytem ma przytwierdzony duży prostokąt. Wchodząc widać tył telewizora, leżąc na łóżku – tył szafki, a kabel wije się pod dywanem. Zeza nie dostaję, za to niestrawności na ten widok:)

zamiast starego telewizora:)

Plan jest taki, by telewizor się składał, gdy nieużywany. Szafka ma już kółka, by było ją łatwo odsuwać i telewizor chować, ale chytry plan okazał się trudniejszy w realizacji, musi więc poczekać na lepsze czasy… co wiadomo co oznacza. Oby nie to, co z leżakami;)

Bo umowa z puszką jest taka, że za zawartość wolno nam kupić tylko to, czego nie kupilibyśmy „normalnie”, wyjmując ciężko zarobioną kasę. Nic niezbędnego. Pewnie zarżnęlibyśmy klunkra i poczekali na kolejny z odzysku, ale za bezboleśnie zdobyte bardzo proszę. Dla nas to nie jest niezbędny do życia zakup, zwłaszcza w dobie internetu, ale ja kocham Domo i kanały filmowe. I choć w sezonie nie mamy czasu oglądać, jak już wrócimy „z pola” to wszystko dawno w połowie, to poza sezonem lubię wieczorem wreszcie się uwalić na łóżku, włączyć i zobaczyć, czym mnie TV zaskoczy. Ta nieprzewidywalność mnie rajcuje, w przeciwieństwie do ściągania filmów z sieci. Choć teraz to dziecinnie proste, bo nasz nowy telewizor łączy się z Wi-Fi!

Poza tym mieliśmy dwie niespodziewane wizyty:

dwa małe zaskrońce wygrzewały się w kupie drewna, którą Sławek przekładał, cyknął je telefonem

ale zanim dobiegłam z porządnym aparatem, wpełzły wgłąb

A 21 czerwca 2014 przez nasze podwórze zrobiły sobie skrót małe kaczki, chyba czernice, i miały dużo szczęścia, że nie pożarły ich psy ani koty, o czym w niusie przyrodniczym Niespodziewana wizyta

a co ta jedna sobie myślała, gdy ją Robert przydybał pod krzakiem przy furtce i zaprowadził do jeziora, wolę nie myśleć! Oby nie zwariowała z tego szczęścia!:)

No i tak się życie plecie a zawdzięczacie tego niusa humorzastej pogodzie!

Komentarze

OLQA, 2014/06/24 19:31
Domo kocham też i to Wasze obesr...życie:)
Ewa U., 2014/06/25 18:08
A je te kaczuchy kocham! I geriatryczną szajkę, reszta j/w.
Monika, North Carolina, 2014/06/26 16:42
Zamienilabym sie - w trymiga!
Skomentuj:
OQSWO
 
 
zycie_nie_powiem_jakie.txt · ostatnio zmienione: 2015/02/11 18:59 przez ania
 
Zawady Oleckie - Agroturystyka - Ceramika